wtorek, 1 lipca 2014

Rozdział I

W zwyczajnych okolicznościach osobą, która prowadziłaby do ślubu Anastazję byłby jej ojciec. Z powodu tego, że nie żył już bardzo długo, do ołtarza młodą carycę zaprowadził Władymir, przyjaciel pana młodego i od niedawna również Anastazji. Ubrany był w długi, czarny frak i wyglądał bardzo elegancko. Anastazja szeroko uśmiechnęła się do mężczyzny, a ten odwzajemnił uśmiech i złapał ją delikatnie za rękę. Dopiero teraz Anastazja zauważyła, że przy ołtarzu, tyłem do wszystkich stoi Dymitr i rozmawia z księdzem, który prawdopodobnie powinien się znajdować już za stołem i czekać na pannę młodą. Jej serce momentalnie przyspieszyło. Znów zaczęła się stresować. Już za kilkanaście minut będzie żoną Dymitra. Ksiądz zauważył, że dziewczyna już się zbliża do miejsca, z którego zacznie iść w stronę ołtarza, gdy człowiek, grający na organach rozpocznie ceremonię. Szepnął coś do Dymitra i wskazał głową na Anastazję, po czym skierował się na miejsce, gdzie już powinien być.
Dymitr odwrócił się i spojrzał na swoją przyszłą żonę, nagle zamarł i jego oczy lekko się powiększyły, po czym szeroko się uśmiechnął. To chyba znaczy, że suknia mu się podoba, pomyślała Anastazja. Chciała mu ją pokazać jeszcze przed ceremonią, niestety kompletna dotarła dopiero dzisiaj rano, a w tym dniu już nie było czasu, żeby się spotkali, tak więc, dopiero teraz Dymitr mógł na nią spojrzeć. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i ustawiła się we właściwym miejscu z Władymirem przy prawej ręce.
- Jesteś tego pewna?- Zapytał mężczyzna.
- Władymirze- Anastazja wywróciła oczami.
- Jeszcze możesz uciec- zażartował i oboje uśmiechnęli się na myśl o tym.- Dymitr czasem zapomina o manierach, może nie być przykładnym carem- wyznał, po czym zaczął się śmiać.- Nigdy bym nie pomyślał, że mój przyjaciel, z którym robiliśmy przekręty zostanie carem Rosji.
- Ciszej, nikt nie może się dowiedzieć, czym zajmowaliście się wcześniej- przypomniała Anastazja, rozśmieszona nieostrożnością przyjaciela.
- Aniu, każdy dobrze wie, co robiliśmy.
To akurat była prawda. Anastazja dowiedziała się o nich przez jakąś staruszkę na stacji kolejowej, która stała przed nią w kolejce. Wtedy znalazła mężczyzn, aby podrobili jej paszport, aby mogła wyjechać za granicę. Wtedy zaczęła się jej podróż do Paryża, u boku Dymitra i Władymira. Każdy wiedział o ich działalności, ale władze się nimi nie zainteresowały. Zawsze zastanawiało Anastazję, dlaczego...
Znów spojrzała na Dymitra. Stał już tyłem. Jego ramiona delikatnie unosiły się i opadały w rytm oddechu. Ubrany był w mundur, typowy dla rodziny carskiej. Taki sam mundur nosił jej ojciec. Żałowała, że znała swego ojca tylko z opowieści babci i ze zdjęć, jakie udało jej się uratować. Naramienniki były złote i lekko lśniły, podobnie jak bielutka sukienka Anastazji.
Nagle zaczęła się piękna muzyka, co oznaczało, że zaczyna się ceremonia. Nie była to zwyczajna, kościelna ślubna piosenka. Zaśpiewała w myślach tekst "Kak uzor na ogne, Snova prosholoe rjadom...". Na wspomnienie tej melodii zrobiło jej się bardzo smutno, jednak przełamała swoje dawne lęki i uśmiechnęła się. Nie mogła być w złym nastroju na swoim własnym ślubie.
Władymir zrobił mały krok naprzód a ona szybko za nim ruszyła. Na ślubie nie było obecnych dużo osób, zważając na fakt, że brali katolicki ślub. W Rosji to było rzadkie, na ulicach mówiono nawet, że to wstyd, żeby córką cara była katoliczką. Jednak ona była wychowana w sierocińcu na takiej religii i nie wyobrażała sobie innego ślubu. Dymitr pochodził z biednej rodziny, gdy był małym chłopcem jego rodzice zmarli, więc radził sobie sam i wybrał bycie katolikiem.
W jednej z czterech ławek siedziała babcia Anastazji, obok niej Sophie, narzeczona Władymira, oprócz nich było kilku żołnierzy, którzy obiecali, że będą chronić młodą carycę za wszelką cenę, gdyż jest teraz najważniejszą osobą w kraju.
                                                                                 ***
Z instrumentów popłynęła muzyka. Muzycy siedzieli w kącie sali balowej i grali piękne weselne pieśni.
Przy długich stołach wzdłuż ścian siedzieli ludzie na wysokich krzesłach. Byli tam znajomi Dymitra i Władymira oraz kilku przywódców innych państw. Miejsce Anastazji było ulokowane pośrodku stołu przy oknie, wraz z innymi głowami państw, natomiast Dymitr siedział przy stole naprzeciwko ze znajomymi.
Ludzie z innych krajów chcieli na własne oczy zobaczyć ostatnią dziewczynę z rodu Romanowów. Zaginioną dziedziczkę carstwa rosyjskiego. Właśnie skończyła rozmawiać z przywódcą Republiki Francuskiej i odeszła kawałek od stołu, żeby sprawdzić, w jakim miejscu jest Dymitr. Nie rozmawiała z nim jeszcze od ślubu. Zauważyła, że jej mąż już zmierza w jej kierunku.
- Nie wiedziałam, że wesela są tak męczące- wyprostowała się, żeby zachowywać pozory, ale zachowała swój zwyczajny, pogodny ton.
- Zwykłe wesela nie, ale wesela młodej carewny chyba tak- uśmiechnął się lekko, również starał się zachować oficjalną postawę.- Wydaje mi się, że powinniśmy rozpocząć tańce, w końcu wiesz jak Rosjanie uwielbiają takie bale, a taka tradycja, że musimy pierwsi- powiedział niechętnie.
- Chyba masz rację- westchnęła i ruszyli wspólnie na parkiet. Nie czekając, aż zacznie się nowa pieśń, zaczęli powoli, w rytm muzyki tańczyć.
- Podoba ci się moja suknia?- Spytała dziewczyna, rozglądając się po sali.
- Może być- oznajmił Dymitr niedbale.
Anastazja utkwiła w nim podejrzliwy wzrok.
- Wiem, że ci się podoba- zaśmiała się, a Dymitr odpowiedział lekkim uśmiechem.
- Patrz, powoli już inni też zaczynają tańczyć- wskazał jej lekko głową na prawo. Rzeczywiście na parkiecie już tańczyli Władymir i Sophie.
- Co za szczęście, nie będziemy jedyni!- Powiedziała z ulgą dziewczyna.
                                                                                 ***
- Ależ bolą mnie nogi- wyznała Anastazja swojej pokojówce, gdy ta przygotowywała ją do snu po balu, jednak ta nic nie odpowiedziała.- Zbyt długo tańczyłam- ciągnęła, ale gdy się zorientowała, że nie może liczyć na jakąkolwiek rozmowę z pokojówką, zamilkła.
Gdy już położyła się, żeby usnąć po głowie zaczęły krążyć jej wstrętne myśli. O tym, że nigdy nie będzie tak dobrze rządziła krajem jak jej ojciec. Że nie będzie potrafiła poradzić sobie ze stosunkami z innymi państwami. I najgorsze, to, że ludzie nie będą z niej zadowoleni.
Długo nie mogła usnąć, a gdy wreszcie jej się to udało miała okropne koszmary. Rasputin powracający z piekieł, żeby zniszczyć ostatnie dziecko z rodziny Romanowów; jej ojciec umierający na rękach matki przez Rasputina; ona sama głodująca, jako dziecko w sierocińcu. Jedynym stałym punktem jej koszmarów był Rasputin. To on był głównym powodem jej nieszczęścia.
Gdy po raz kolejny obudziła się spocona i prawie płacząca postanowiła, że musi się przejść, było jej zbyt gorąco. Postawiła gołe stopy na marmurowej posadzce i podeszła do okna. Pomimo tego, że powinno się już robić ciepło, padał śnieg. Uśmiechnęła się mimo woli.
"Może nikt nie zauważy, jak przejdę się trochę po zamku?" pomyślała, chcąc lepiej zwiedzić to miejsce. Dopiero tydzień temu mogła się tu znów wprowadzić, gdyż budynek musiał zostać odnowiony. W tym czasie mieszkała wraz z Dymitrem, Władymirem i babcią u Sophie, w Paryżu.
Lekko uchyliła drzwi swojej komnaty i szybko wyszła na długi korytarz. Rozejrzała się, nie mogąc się zdecydować na kierunek wędrówki. Ostatecznie zdecydowała, że pójdzie w lewą stronę, ponieważ pamiętała, że z prawej strony wróciła z balu. Przemierzyła kilkanaście metrów aż doszła do końca korytarza. Nawet nie wiedziała, że jest tak długi.
W takich chwilach najbardziej żałowała, że nic nie pamięta z czasów swojego dzieciństwa. Gdyby nie Rasputin mieszkałaby tu szczęśliwie ze swoimi rodzicami i babcią, znałaby każdy korytarz, każde pomieszczenie, teraz jednak musi włóczyć się po nocach, żeby poznać to miejsce.
Szarpnęła klamkę drzwi znajdujących się na końcu korytarza, a te, z lekkim oporem, ale otworzyły się ukazując ogromne, ciemne pomieszczenie bez okien. Weszła powoli do środku, poczuła gęsią skórkę na ramionach, jednak ciekawość wzięła górę nad strachem.
Teraz pożałowała, że nie wzięła ze swojego pokoju świecy, nie mogła niczego zauważyć, mimo tego, że wyjątkowo wytężała wzrok. Kilka razy potknęła się o przedmioty stojące na podłodze. W końcu wymacała ręką ścianę i podążała wzdłuż niej. Po kilku sekundach zrozumiała, że pokój jest owalny. Gdy przeszła tak przy ścianie aż do drzwi, dopiero wtedy zauważyła, że kawałek muru obok nich lekko świeci zielonym, słabym światłem. Szybko kucnęła przy dziwnym zjawisku i dotknęła ściany. Jej ręka trafiła na zimny kawałek metalu, który przy łączeniu z resztą muru był wypukły. Szarpnęła, jednak nie poruszył się. Zresztą, co mogło tam być?
Zrobiło jej się już bardzo zimno, a nadal była okropnie zmęczona, bolały ją nogi, a tego doszedł ból głowy. Mogłaby tu wrócić rano, jednak ona nie chciała, żeby ktoś widział jak tu wchodzi. Nie potrafiła wyjaśnij powodu, tego strachu, ale czuła, że nie powinna tu być, choć to dość absurdalne, żeby caryca nie mogła wejść do jakiegokolwiek pomieszczenia w swoim domu.

Ostatni raz spróbowała otworzyć klapę. Lekko ją nacisnęła, po czy pociągnęła od dołu. Tym razem udało jej się otworzyć metalową klapę, a jej oczom ukazało się ukryte pomieszczenie, głęboko wpuszczone w posadzkę, można się tam było dostać drabiną, która stała tuż przy "drzwiach". Światło, które przedostawało się wcześniej przez ścianę nasiliło się, tak, że teraz było dokładnie widać wnętrze ciemnego pokoju. Jednak to nie interesowało Anastazji. Ona już wchodziła na drabinę, żeby sprawdzić, co kryje się w podziemiach jej domu.